Motyl

Złapał w końcu uciekającego od dłuższej chwili seledynowego motyla. Skrzydła tego stworzenia sprawiały wrażenie pokrytych lepką substancją zupełnie nie przypominającą motylego pyłku. Nie mylił się. Delikatna powłoka na powierzchni skrzydła starła się zostawiając zielonkawy ślad na jego palcu. Odkryła za to niewiarygodnie delikatną konstrukcję siatki stanowiącej oparcie dla nietrwałej substancji. Oceniał spoglądając przez wielkie szkło powiększające, że grubość drucików nie przekracza 100 mikronów. Czepne nóżki sprawiały wrażenie ruchliwych odnóży chrabąszcza. Proporcjonalnie niezbyt pasowały do całego owada. Odwłok z czułkami wydawał z siebie ledwie wyczuwalne podrygi, jakby sprawdzał gotowość i możliwość ponownego startu. Ucieszy się – pomyślał, moja Aniela się ucieszy. Z największą ostrożnością schował owada do papierowej torby po drugim śniadaniu, gdy okazało się, że i drugie skrzydło jest przez jego nieuwagę uszkodzone. Zasyczał zły na siebie. Wytarł palce w swoje już i tak poplamione spodnie, zawinął brzeg torebki z najwyższą starannością, wsadził kapelusz na głowę i zawrócił drogą przez pola spiesząc się pokazać swoje znalezisko największej entuzjastce i znawczyni cybernetycznej entomologii, czyli jego ukochanej żonie. Zakupy, po które wybrał się dwie godziny temu będą musiały jeszcze poczekać.

Ona

— Sama jesteś dla siebie wrogiem! – wrzeszczałam. Nie miałam już siły odpierać tych jej bezsensownych „ale”. Patrzyłam na skuloną postać na mojej kanapie. Potargane włosy, niezbyt świeży szary sweter, zaczerwieniona, mokra od łez twarz. I te oczy, skamlące, błagalne. Kiedyś tak piękne, zielone, zalotne, teraz puste. Jedyne co w nich jeszcze się tliło, to ten żebrzący o litość smutek, który zamiast współczucia budził we mnie raczej pogardę i pragnienie kopnięcia tego żałosnego stworzenia. Obgryzione paznokcie czerwieniły się zadziorami. Drżały ściskając w palcach zasmarkaną po brzegi chusteczkę. Podwinięte nogi sprawiały, że wydawała się na tej kanapie jeszcze mniejsza niż zwykle. Spuszczona głowa, przetłuszczone włosy… jakby cała jej postać postanowiła zmaleć, zniknąć, wtopić się w to kwieciste tło starego obicia.

Kolacja

— Zeenek! Zeenek! Zeeenuś! – gdzie on się podział? Dlaczego nie schodzi? Głodny będzie, ziemniaki ostygną całe. – Zeeenuś!

— Mamo, nie krzycz tak, może śpi.

— Ale jak śpi, o tej porze? Co ty opowiadasz. Śpi się po kolacji, a nie przed. Zmęczony może. Przyszedł dzisiaj jakiś nie w sosie. Kurtkę tylko zdjął, nawet butów nie schował, tylko tak zzuł jeden o drugi i zostawił takie w sieni rozwalone. Może mu co powiedzieli w robocie? Ale ty siadaj, nałóż sobie kartofelków. Może ten nowy, co go przyjęli, dla niego niemiły był? Może, Matko Boska, wygryźć go chce! Przyszedł taki z ulicy i już doły kopie pod porządnymi ludźmi. No i weź tu takiemu rękę pomocną podaj! Toż od razu i palec i ramię i głowę weźmie i stanowisko, co to mu się nie należy! Jak mu tam było, jakiś Boniek, chyba. Nie Boniek, jakoś inaczej mu Zenuś nadał. Bożek… coś od Bozi było tam…

Wizyta

Popatrzył na nią leżącą w ciemności. Widział zarys jej sylwetki wyciągniętej na jego łóżku, na jego pomiętej pościeli noszącej ślady porywczej, drapieżnej, głośnej namiętności, tego pożaru, który opanował ich oboje już od chwili, gdy przekroczyli próg mieszkania. A nawet wcześniej, gdy w windzie jego ręce błądziły niecierpliwie pod jej cienką kurteczką, nie mogąc się doczekać by dotknąć jej skóry, albo jeszcze wcześniej, gdy tańczyli w klubie w ścisku, wtuleni w swoje ciała, wdychając zapach tej drugiej osoby, jakby mógł on powiedzieć im o tym, kim jest ta dziewczyna,