Kolacja

— Zeenek! Zeenek! Zeeenuś! – gdzie on się podział? Dlaczego nie schodzi? Głodny będzie, ziemniaki ostygną całe. – Zeeenuś!

— Mamo, nie krzycz tak, może śpi.

— Ale jak śpi, o tej porze? Co ty opowiadasz. Śpi się po kolacji, a nie przed. Zmęczony może. Przyszedł dzisiaj jakiś nie w sosie. Kurtkę tylko zdjął, nawet butów nie schował, tylko tak zzuł jeden o drugi i zostawił takie w sieni rozwalone. Może mu co powiedzieli w robocie? Ale ty siadaj, nałóż sobie kartofelków. Może ten nowy, co go przyjęli, dla niego niemiły był? Może, Matko Boska, wygryźć go chce! Przyszedł taki z ulicy i już doły kopie pod porządnymi ludźmi. No i weź tu takiemu rękę pomocną podaj! Toż od razu i palec i ramię i głowę weźmie i stanowisko, co to mu się nie należy! Jak mu tam było, jakiś Boniek, chyba. Nie Boniek, jakoś inaczej mu Zenuś nadał. Bożek… coś od Bozi było tam…

Wizyta

Popatrzył na nią leżącą w ciemności. Widział zarys jej sylwetki wyciągniętej na jego łóżku, na jego pomiętej pościeli noszącej ślady porywczej, drapieżnej, głośnej namiętności, tego pożaru, który opanował ich oboje już od chwili, gdy przekroczyli próg mieszkania. A nawet wcześniej, gdy w windzie jego ręce błądziły niecierpliwie pod jej cienką kurteczką, nie mogąc się doczekać by dotknąć jej skóry, albo jeszcze wcześniej, gdy tańczyli w klubie w ścisku, wtuleni w swoje ciała, wdychając zapach tej drugiej osoby, jakby mógł on powiedzieć im o tym, kim jest ta dziewczyna,