Ona

— Sama jesteś dla siebie wrogiem! – wrzeszczałam. Nie miałam już siły odpierać tych jej bezsensownych „ale”. Patrzyłam na skuloną postać na mojej kanapie. Potargane włosy, niezbyt świeży szary sweter, zaczerwieniona, mokra od łez twarz. I te oczy, skamlące, błagalne. Kiedyś tak piękne, zielone, zalotne, teraz puste. Jedyne co w nich jeszcze się tliło, to ten żebrzący o litość smutek, który zamiast współczucia budził we mnie raczej pogardę i pragnienie kopnięcia tego żałosnego stworzenia. Obgryzione paznokcie czerwieniły się zadziorami. Drżały ściskając w palcach zasmarkaną po brzegi chusteczkę. Podwinięte nogi sprawiały, że wydawała się na tej kanapie jeszcze mniejsza niż zwykle. Spuszczona głowa, przetłuszczone włosy… jakby cała jej postać postanowiła zmaleć, zniknąć, wtopić się w to kwieciste tło starego obicia.