Kolacja

Kolacja

— Zeenek! Zeenek! Zeeenuś! – gdzie on się podział? Dlaczego nie schodzi? Głodny będzie, ziemniaki ostygną całe. – Zeeenuś!

— Mamo, nie krzycz tak, może śpi.

— Ale jak śpi, o tej porze? Co ty opowiadasz. Śpi się po kolacji, a nie przed. Zmęczony może. Przyszedł dzisiaj jakiś nie w sosie. Kurtkę tylko zdjął, nawet butów nie schował, tylko tak zzuł jeden o drugi i zostawił takie w sieni rozwalone. Może mu co powiedzieli w robocie? Ale ty siadaj, nałóż sobie kartofelków. Może ten nowy, co go przyjęli, dla niego niemiły był? Może, Matko Boska, wygryźć go chce! Przyszedł taki z ulicy i już doły kopie pod porządnymi ludźmi. No i weź tu takiemu rękę pomocną podaj! Toż od razu i palec i ramię i głowę weźmie i stanowisko, co to mu się nie należy! Jak mu tam było, jakiś Boniek, chyba. Nie Boniek, jakoś inaczej mu Zenuś nadał. Bożek… coś od Bozi było tam…

— Bożydar, mamo, ale co ty opowiadasz…

— A ty cichaj, ty życia nie znasz! Pod kocem całe życie siedzisz, z tych swoich książek nosa nie wyściubisz, to i nie wiesz, jakie na świecie ludzie potrafią być wredne! Na pewno ten Bożek… weź sobie jeszcze pomidorka, tylko na cebulkę uważaj, żeby ci nie spadła, ten Bożydar coś nakręcił, podkopał i tera Zenuś kolacji nie chce jeść, bidulek mój. Jak ten chłopak ma ciągle pod górę! Jak mu nogi podstawiają wszędzie, gdzie tylko pójdzie. A pamiętasz ten Aktimel? Jak mu z wózka wyciągali towary? Biegał tam jak mróweczka, a oni mu ciągle przeszkadzali, kody zamieniali, numerki na alejkach zamieniali, żeby nie mógł trafić i nie zdążył spakować tej paczki. Uwzięli się na chłopinę. Nie pasował im. I pozbyć się koniecznie chcieli. To i się pozbyli…

— Mamo, nie Aktimel, tylko Amazon. I nikt mu nogi nie podstawiał. Mój brat do tej pory nie wie, jak dojechać na Psie Pole do ciotki Amelii, choć tyle razy mu tłumaczyłaś, że tramwajem do pętli i potem autobusem, ale on nigdy nie mógł zapamiętać. Gubił się już za pierwszym zakrętem na tym blokowisku, to i w wielkiej hali sobie nie umiał poradzić. Ale ty zawsze szukasz dla niego usprawiedliwienia, wybielasz go i…

— A co ty tam wiesz. On wrażliwy jest. Zawsze był. Zawsze go traktowali, jakby gorszy był jaki, no jedz, bo całkiem wystygną, nauczyciele nie lubili go, bo odważny był i mówił, co myślał. Tak go dziadek Franek nauczył. – Odważnym trza być – Zenuś – powtarzał i opowiadał Zeniowi, jak to Niemcowi jednemu ziemniaki z piwnicy wynieśli, co by głodem przymarł, a dla naszych było. W pierzynę je zawinął i wyniósł. I jeszcze do misek powkładał, takich złoconych, co stały w kącie i się kurzyły, niepotrzebne im widać były. A potem uczył go muchy łapać jedną ręką. I Zeni go słuchał i słuchał i łapał i łapał. Ale nie podobało się to jednej z drugą i z tej odwagi tylko dwóje mu wstawiały do dziennika. Takie to były uwieszone na pasku władzy tamtejszej …

— Ale mamo, ty wiesz, że on te muchy to dziewczynkom za fartuszki wrzucał potem albo do kanapki wsadzał. A z tą odwagą to też tak nie do końca było, mamo. Raczej palcem umiał wskazać, kto nabroił, niż przyznać się samemu. Pamiętasz jak to z tym napisem było? Napisali na ławce Krycza jest głupia. O tej matematyczce nowej. Jeszcze z błędem napisali, bo przez o z kreską. Pytali kto to zrobił, to Zenio pierwszy wskazał palcem na tego małego, czarnego Piotrusia, co to za jego namową robił te wszystkie głupie rzeczy, bo taki niespełna rozumu był. Znaczy, opóźniony trochę. Ale Zenek nic się nie przejmował, że kolegę wkopuje, że skarży. A leciał wtedy jego ukochany serial, pamiętasz? I bał się, że szlaban dostanie, bo by dostał, od taty, bo ty wierzyłaś w każde jego słowo, mamo. I wolał zwalić winę na tego małego, niż się przyznać. Taka to była ta jego odwaga.

— Aaa, co ty tam wiesz, dołóż sobie jeszcze, masełkiem ci poleję, może śpi ten Zenuś zmęczony taki, przecież ten Piotrek to taki sam jak jego ojciec, ten dentysta, co leczył ludziom zdrowe zęby, żeby dom sobie wybudować. A ludzie wierzyli, wierzyli i każdy z forsy wyskakiwał, żeby tylko mu z gęby nie śmierdziało albo żeby gryźć jeszcze mógł, co tam żona ugotuje. Zenuś taki nie był i nie jest. To artysta. Każdemu tak powtarzam. Tej Kryśce spod piątki też tak mówię, a ona tylko patrzy tak krzywo i śmieje się pod nosem, pani jedna wielka się znalazła. Jej Januszek w Ameryce, to i może ona wielka pani, ale na zmywaku pewnie, albo na śmieciarce jeździ, kto go tam wie. Ale przysyła matce prezenty, trzeba mu przyznać. Nawet dobrze na tej śmieciarce można zarobić tam w tej Ameryce. Zegarek jej przysłał. Taki duży i świecący. Co prawda trochę używany ale przecie Rolex miał na cyferblacie napisane. I takie jeszcze, dołożę ci tej sałatki ze śledzikiem, to zjesz te ziemniaczki, bo szkoda tyle zostawiać na talerzu, przywiózł matce puzderko, co to jak się naciśnie guziczek, to otwierają się tajne szufladki. Sprytne to to, bo nie widać ani tych szufladek, ani guziczka. Trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Można tam pieniądze przechować na czarną godzinę. Mąż pijak nie znajdzie, ani złodziej nie będzie wiedział. I Kryśka jak schowała emeryturę też nie mogła jej znaleźć. Nawet guzika nie mogła znaleźć, bo zapomniała, jak się to ustrojstwo otwiera i gdzie trzeba zajrzeć. Ale przynajmniej skuteczne to  jest. Jak coś schowasz, to już na zawsze.

— Co ty, mamo opowiadasz? Zenek artysta? Jaki artysta? On w życiu ołówka nie miał w dłoni, a farby to tylko te, co mu ojciec dał, żeby płot na działce u babci Arendowej pomalował. Pamiętasz co potem było? Jakie napisy wymalował i rysunki, że później trzeba było listwy w ogrodzeniu wymieniać, bo nawet zamalowane 10 razy wychodziły na wierzch. Wstyd na całą wieś był. Ludzie przychodzili i za brzuchy się łapali ze śmiechu, palcami pokazywali, a babcia Arendowa przez miesiąc z domu nie wychodziła ze wstydu! Sąsiad do tej pory z babcią nie gada, bo myśli, że to, co na płocie, to babcia sama kazała Zenkowi napisać. Artysta od siedmiu boleści.

— No widzisz, sama mówiłaś, że najwięksi artyści umierali w biedzie bo ludzie nie rozumieli ich sztuki! Wyśmiewali ich i wykpiwali, ale oni nie zrażali się, tylko dalej robili swoje.

— Może trzeba Zenkowi płótno kupić.

— Ty wiesz, że masz rację? On po prostu nie może rozwinąć swojego talentu, bo nie ma warunków do pracy! Zaparzę ci jeszcze herbatki, to popijesz drożdżówkę. Wczorajsza jest, ale dobra jeszcze. Może odsmażę ci ją na masełku, tak jak lubisz? Jak byłaś mała, to zjadaliście taką przysmażoną prosto z patelni, jeszcze pudrem nie zdążyłam posypać. Albo nie, zostawię dla Zenusia, jak się obudzi. Coś długo śpi, taki zmęczony. Artysta. Artyści w dzień śpią, w nocy pracują. Tak czytałam o jednym takim pisarzu, co tylko w nocy umiał pisać. W dzień było mu za jasno. I w łóżku. Jeden pracował tylko w łóżku! Żeby tylko Zenuś tego nie odziedziczył, bo jak będzie tłukł się po nocy, to Burek będzie szczekał, ogonem walił i pobudzi wszystkich.

— Kogo, mamo? Tylko ty tu jeszcze mieszkasz, ciebie obudzi, a z resztą, co ja plotę. Już raczej za późno na dziedziczenie. Ty chodzisz spać z kurami. Ojciec, jak żył też, więc wasz synalek nie zacznie nagle ślęczeć po nocach. Zresztą on ma być pisarzem, czy malarzem? Zdecyduj się. Pisarze mogą pisać po nocach, malarzom raczej potrzebne jest światło, więc raczej nocne spacery nie wchodzą w grę. Nie dokładaj mi już sałatki, jestem pełna. Ziemniaków też nie. Zawsze, jak do was przyjeżdżam nie mogę normalnie wstać od stołu, tylko zawsze muszę się wykulać jak piłka. Jak wielka, obżarta piłka. Herbaty też już nie chcę, zostaw dla mojego zapracowanego braciszka, może w końcu zejdzie na dół i uraczy nas swoją obecnością.

— Zeenuś, zejdź no wreszcie! Ziemniaki wystygły, herbata już zimna. Może drożdżówki ci odsmażę! Zeenek! A tyś się chyba za dużo tych swoich książek naczytała, żeś taka mądra. Doktorem chcesz być, a na leczeniu się nie znasz. Po co ci takie szkoły, co tylko oczy psują, a nic nie dają. Na kolację do mamy przyjeżdżasz, co by zaoszczędzić trochę, przyznaj się córeczko.

— No coś ty, mamo, ja przecież…

— Maamo! Maamo!

— Cichaj, cichaj, bo woła!

— Kto woła?

— Jak to kto woła? Zenuś woła, może mu się co stało? Albo przyśniło? Albo jeszcze co gorszego. Idź no na górę zobaczyć o co chodzi. Łapkę weź

— Jaką łapkę?

— Na muchy przecie! Może bronić się będziesz musiała. Lepiej wałek. Albo patelnię, tę ciężką, żeliwną weź, słyszysz jak stęka? Jakby mu kto ucho wykręcał. Jak ksiądz mu wykręcał, też tak stękał. Ale wtedy niegrzeczny był. Do wina mszalnego się dobierał, to i ksiądz po słuszności mu to ucho. Idź no już prędko, bo nie wiadomo co tam z tym uchem.

— Mamo, Jadźka, papier mi przynieś, bo się skończył! Wysrać się w tym domu porządnie nie można, no…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *