Motyl

Motyl

Złapał w końcu uciekającego od dłuższej chwili seledynowego motyla. Skrzydła tego stworzenia sprawiały wrażenie pokrytych lepką substancją zupełnie nie przypominającą motylego pyłku. Nie mylił się. Delikatna powłoka na powierzchni skrzydła starła się zostawiając zielonkawy ślad na jego palcu. Odkryła za to niewiarygodnie delikatną konstrukcję siatki stanowiącej oparcie dla nietrwałej substancji. Oceniał spoglądając przez wielkie szkło powiększające, że grubość drucików nie przekracza 100 mikronów. Czepne nóżki sprawiały wrażenie ruchliwych odnóży chrabąszcza. Proporcjonalnie niezbyt pasowały do całego owada. Odwłok z czułkami wydawał z siebie ledwie wyczuwalne podrygi, jakby sprawdzał gotowość i możliwość ponownego startu. Ucieszy się – pomyślał, moja Aniela się ucieszy. Z największą ostrożnością schował owada do papierowej torby po drugim śniadaniu, gdy okazało się, że i drugie skrzydło jest przez jego nieuwagę uszkodzone. Zasyczał zły na siebie. Wytarł palce w swoje już i tak poplamione spodnie, zawinął brzeg torebki z najwyższą starannością, wsadził kapelusz na głowę i zawrócił drogą przez pola spiesząc się pokazać swoje znalezisko największej entuzjastce i znawczyni cybernetycznej entomologii, czyli jego ukochanej żonie. Zakupy, po które wybrał się dwie godziny temu będą musiały jeszcze poczekać.

— ­Ja gorę, Edwardzie! Gorę! — szyję Anieli pokrywały czerwone plamy, a ciało spowite w suknię z niebieskiej krepy wyginało się w łuk wstrząsane spazmami rozkosznych dreszczy. Przynajmniej tak mogło się wydawać komuś spoglądającemu przez uchylone okno dawnej służbówki. Nogi w białych pończochach wystające spomiędzy fałdów falbaniastej sukienki z każdym ruchem odsłaniały więcej cudownych widoków, na które czekał wyraźnie podniecony mężczyzna w ciemnym garniturze. Stał przy zachodniej ścianie budynku już przeszło dwie godziny. Skomplikowany system lusterek sprytnie ukryty w krzakach rosnących tuż przy domu pozwalał mu na penetrowanie wnętrza pokoju bez ujawniania swojej obecności. Jedynie co mu dokuczało, to gryzące niemiłosiernie komary, które wzmogły swoją aktywność wraz z wybiciem godziny dziewiętnastej. Widział więc wyraźnie  Edwarda sunącego do domu na tych swoich patykowatych nogach i wystawiony koniuszek języka, gdy zaaferowany wyciągał długą pęsetą z wytłuszczonej papierowej torby dziwnego owada. Kobieta, która najpierw nie okazała zupełnie zainteresowania nagle wpadła w niemal ekstatyczny szał, jakby sam widok tego zielonego stworzenia podrażniał jej wszystkie nerwowe zakończenia w sposób przywodzący na myśl miłosne uniesienie. Obaj byli zdenerwowani. On tutaj na zewnątrz domu, z każdej strony atakowany przez coraz to liczniejsze chmary komarzyc i Edward, który z rosnącym zdziwieniem patrzył na zaróżowione policzki własnej statecznej żony, która z poważnego naukowca przeistoczyła się nagle w młodą kotkę w rui, wierzgającą, wyginającą się i mruczącą te wszystkie tak rozkoszne i dawno nie słyszane słowa. Wyciągała do niego ręce łapiąc w miłosnym szale poły jego codziennego garnituru, zanurzając dłonie w odrobinę przydługich już włosach i brodzie rosnącej zupełnie nie tak, jak tego oczekiwał. Jego zdumienie było tym większe, że Aniela profanowała w ten sposób swoją pracownię, miejsce do tej pory tak święte, że nawet on wycierał nogi zanim przekroczył jej próg i musiał przestrzegać wszystkich zakazów i nakazów wywieszonych przed wejściem. Właściwie to poza Anielą mało kto miał możliwość przebywać w tym przybytku nauki, gdzie powaga i wiedza miały pierwszeństwo i wyłączność rezydencji. A teraz otomana ustawiona pod ścianą by dać od czasu do czasu chwilę wytchnienia obolałym plecom pani cyberentomolog zmieniła się w miejsce miłosnych igraszek, bo Edward pierwsze zaskoczenie jakoś zdołał opanować i w niemym zachwycie poddał się drapieżnym palcom swojej żony. Zresztą krawat, za który właśnie ciągnęła Aniela nie dawał mu zbyt dużego pola manewru i siła mięśni żony oraz grawitacja sprawiły, że z gracją nosorożca opadł na białe, szybko oddychające żonine piersi.

Mężczyzna w garniturze stojący za oknem, choć atakowany przez rozochocone komary oddychał równie szybko, ale bynajmniej nie z tych samych powodów, co para kochanków. Jego plan tak przemyślany, cyzelowany dopieszczany we wszystkich szczegółach niemal spalił na panewce, gdy temu niezgrabnemu, ciamajdowatemu Edwardowi niemalże udało się zniszczyć viridis papilio, nad którym spędził ostatnie dwa długie i bardzo pracowite lata. Jednak teraz przekonał się na własne oczy, że papilito, jak nazywał swego motyla pieszczotliwie, działa. Działa nadzwyczaj dobrze, nawet zaskakująco dobrze, jak na prototyp. Kręciło mu się w głowie od nadmiaru tlenu i przepełniającego go poczucia wielkości własnego geniuszu. Zerknął jeszcze raz w swój system lusterek, ale widok Edwarda w bieliźnie na pierwszym planie stanowczo zgasił jego obudzone pożądanie. Fizyczność tych dwojga była jednak dowodem jego nieograniczonych możliwości. Oczami wyobraźni widział stada zielonych papillitków wypuszczonych w gorący czerwcowy wieczór w samym centrum rojnego miasta. Z tą upojną wizją przed oczami oderwał plecy od ściany budynku i na czworaka usiłował znaleźć wyjście pomiędzy gałęziami rozłożystych krzewów.

— Och,  jęknął Edward zrzucony nagle na ziemię. Jego nieprzytomny wzrok i ręce czepiały się fałdów spódnicy, ale Aniela stała już mocno na nogach potrząsając swym kokiem, który w miłosnym uniesieniu zgubił większość szpilek trzymających jej niesforne loki w jakimś porządku. Strzepywała z ubrania niewidzialne pyłki i wygładzała pogniecione halki upychając warstwy swoich ubrań na miejsce.

— Nastał się pod tym oknem, jak dureń! — stwierdziła z wyraźną satysfakcją.

— Co? Kto? — zapytał wciąż jeszcze zdezorientowany i zamroczony nagłą miłosną ekspresją żony Edward.

— Och Edwardzie — kucnęła przy leżącym wciąż na podłodze mężu. Z czułością pogładziła jego niesforną brodę. – Do roboty, już! Już! – huknęła nie dając mu czasu na nacieszenie się tym gestem. Podeszła do stołu, na którym tkwił zielony motyl z rozłożonymi skrzydłami przypięty do specjalnej galwanizowanej podstawki dwiema szpilkami. Milczący i nieruchomy sprawiał wrażenie eksponatu umieszczonego wśród setek podobnych mu owadów w muzealnej gablocie. To, co go odróżniało to dziwny stosunek długości odnóży do dość masywnego odwłoka.

— Nigdy nie miał wyczucia proporcji — mruknęła do siebie Aniela. Rozkrojony korpus motyla skrywał maleńki silnik elektryczny działający na nowoczesną, prawdopodobnie czysto litową baterię. Jednak, mimo że po raz pierwszy miała okazję przyjrzeć się temu zminiaturyzowanemu bankowi energii, z większą uwagą obserwowała uszkodzone skrzydła. Tajemnicza zielona substancja wyschła i wykruszała się coraz bardziej w miejscach dotkniętych przez Edwarda. Pękała również niemal na całej powierzchni tworząc miniaturowe koryta, wydzielając przy tym ledwie wyczuwalny aromat gorzkich migdałów.

— Głupek — prychnęła. — Głupek i niewyżyty Casanova z wyobraźnią  rozbrykanego ogiera. Kiedyś się doigra. A może już opary tych wszystkich chemikaliów wypaliły mu połowę mózgu.

Rozpruty motyl przyprawiał ją o dreszcze. Znała plany Anzelma, a system podglądania jej pracowni odkryła kilka dni temu, gdy wiatr otworzył z hałasem okno w dawnej służbówce, która teraz była miejscem jej pracy, świadkiem genialnych odkryć i gniewnych wrzasków, gdy po raz kolejny coś szło nie po jej myśli.

Jego chęć zawładnięcia światem, umysłami i emocjami ludzi nie zmieniła się od momentu gdy jako dwunastoletnie dzieciaki śmiertelnie pokłócili się o fizyczne i etyczne możliwości takiego działania. Już wtedy wierzył, że tylko kontrola nad umysłem i zachowaniem człowieka przyniesie światu spokój i harmonię. Ich rozmowy przerywane na tak banalne rzeczy jak sen, jedzenie oraz nudne lekcje panny Marple toczyły się często w dość wybuchowej i głośnej atmosferze. Nie mogli przestać wałkować zagadnień, które znajdowali razem w książkach z bogatej biblioteki ojca Anzelma. Ten genialny naukowiec miał czas na odkrywanie gatunków chrząszczy ale zupełnie zapomniał o posiadanym synu. Jednak w tych krótkich momentach między kolejnymi podróżami gdy bywał w domu, prowadził z Anzelmem naukowe dysputy, traktując go niczym równego sobie specjalistę przyrody. Całkiem możliwe, że ten roztargniony mężczyzna faktycznie nie pamiętał o istnieniu swojego potomka. I wszystkie młode osoby, (bo Aniela również czasami miała okazję z nim rozmawiać), jawiły mu się jako jego spragnieni wiedzy studenci.

Matematyka, mechanika, chemia, zoologia a także filozofia były tym, czego jej umysł potrzebował, by żyć. Spierali się codziennie. Codziennie też próbowano pokazywać Anieli, że prawdziwą powinnością dziewczynki jest dobrze wyjść za mąż, a jedynym zajęciem, gdzie może wysilać swój umysł jest kuchnia i logistyka przyrządzania posiłków. Tymczasem ona zamiast Tańską-Hoffmanową czytała Leibniza i Kartezjusza przemycając książki pod spódnicą. Jedynie pokojówka Bułeczka, jak ją nazywano od niezwykle wydatnych pośladków wiedziała o nocnych wizytach tych dwojga w bibliotece. Kryła ich, gdy wyciągali zakurzone dzieła z szeregu innych upchanych ciasno na półkach. Nie rozumiała, o czym mówią i co takiego jest przedmiotem ich zaciekłych dyskusji, ale czuła, że musi chronić w jakiś sposób te młode umysły. Trzymała kciuki za każdym razem, gdy Aniela brała udział w słownej potyczce z panem domu Alfredem Russelem Wallacem i truchlała, gdy razem z Anzelmem przeprowadzali w szopie na narzędzia jakieś eksperymenty z różnymi cuchnącymi substancjami. Poddawała się testom na oddziaływanie manipulacji oraz próbom na prototypie wykrywacza kłamstw. I popłakiwała w poduszkę, gdy nagle te fascynujące, pełne ekspresji i pasji wizyty ustały. Upór i zawziętość tych dwunastolatków były niepojęte. Kłótnia pozbawiła Anielę chłopięcego towarzystwa, ale nie książek, bo te Bułeczka z narażeniem reputacji i życia wynosiła za pazuchą i wręczała dziewczynie zawinięte w bieliznę do maglowania. Przeczytane odnosiła, ustawiając na swoim miejscu na półce.

Całą wieczność trwało przekonanie profesury lokalnego uniwersytetu, że warto wpuścić ją za mury tej twierdzy mądrości. Choć czasem mądrości trzeba było się doszukiwać przez szkło powiększające, tak bardzo ukryta była w poczuciu wyższości i zadufania. Potrzeba zgłębiania coraz to nowych ścieżek nauki, niewyparzony język i przebłyski geniuszu szybko dały się zauważyć, jednak nie stanowiły przepustki do profesorskiego grona. Raczej sprawiały, że przez cały ten okres, gdy mogła się uczyć, walczyła z mizoginami.

Gdy w zachodnim skrzydle uniwersytetu nieznany sprawca rozpylił w powietrzu substancję, po której wszyscy zgromadzeni zaczęli w panice szukać toalety lub wyjścia z budynku, zaczęła mieć pewne podejrzenia. Jednak, kiedy pewnego ranka wszyscy mężczyźni, łącznie z profesorami, ogrodnikiem i kierowcą Darwina wygłaszającego odczyt na sąsiednim wydziale zaczęli wydawać z siebie nieobyczajne dźwięki, ocierając się w dziwny sposób o stojące sprzęty zyskała pewność, że Anzelm nie zrezygnował ze swojego pomysłu zawładnięcia ludzkim ciałem i umysłem. Testowana substancja wydawała się jednak niestabilna i zbyt mocna. Szczęśliwie Aniela wraz z dwiema studentkami chemii przeczekały tę męską nawałnicę ukryte w schowku na szczotki. Wiedziała jednak, że kontrola ludzkiej seksualności, związana z tym kontrola płodności a także męskiej agresji przestała być jedynie mrzonką dwunastoletniego chłopca i weszła w fazę testów.

Młoda kobieta patrzyła na odbicie w metalowym, zaśniedziałym lustrze. Zamiast swojej sylwetki widziała Anzelma z jego szykowną bródką i niepospolitym, tak bardzo podniecającym umysłem. Czuła, że jej piersi zaczynają znowu szybciej falować.

— Niedoczekanie twoje, ty łapiduchu! — krzyknęła, tupiąc jednocześnie nogą. Podeszła szybko do swojego stołu, na którym w sterylnych warunkach czekał na nią jej piękny, czarny niczym obsydianowe oko żuk, z którego wydzielał się delikatny zapach gorzkich migdałów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *