Ona

Ona

— Sama jesteś dla siebie wrogiem! – wrzeszczałam. Nie miałam już siły odpierać tych jej bezsensownych „ale”. Patrzyłam na skuloną postać na mojej kanapie. Potargane włosy, niezbyt świeży szary sweter, zaczerwieniona, mokra od łez twarz. I te oczy, skamlące, błagalne. Kiedyś tak piękne, zielone, zalotne, teraz puste. Jedyne co w nich jeszcze się tliło, to ten żebrzący o litość smutek, który zamiast współczucia budził we mnie raczej pogardę i pragnienie kopnięcia tego żałosnego stworzenia. Obgryzione paznokcie czerwieniły się zadziorami. Drżały ściskając w palcach zasmarkaną po brzegi chusteczkę. Podwinięte nogi sprawiały, że wydawała się na tej kanapie jeszcze mniejsza niż zwykle. Spuszczona głowa, przetłuszczone włosy… jakby cała jej postać postanowiła zmaleć, zniknąć, wtopić się w to kwieciste tło starego obicia.

To, że Anka się zakochała, było widać od razu. Nie potrafiła ukryć tych swoich rumieńców, ani uśmiechu. Podśpiewywała, gdy myślała, że nikt nie słyszy. Wstawała o nieludzkiej porze, by przygotować się do sesji tylko po to, by wieczór mieć wolny. Leciała do niego wypachniona, z tym swoim blond warkoczem, którego zazdrościłyśmy jej po cichu, choć głośno wyśmiewałyśmy się z jej wiejskiej fryzury. Jej szczebiot działał nam wszystkim na nerwy. Panna idealna. Z tą urodą słowiańskiej bogini, piątkami na egzaminach, wiecznym uśmiechem i takim irytującym zadowoleniem z życia. I teraz jeszcze ta miłość, która jak ślepej kurze się trafiła. Początkowo nie wiedzieliśmy, komu udało się poderwać tą chodzącą perfekcję, bo wyjątkowo zręcznie udawało jej się skierować rozmowę na inne tory, zagadać tak, że traciliśmy z oczu ten jej błogostan. Zdaje się, że to Łysy przyniósł w końcu ten news, w który ciężko było nam z początku uwierzyć. Mówił, że namierzył ich, gdy wracał z jakiejś grzybodajni. Z imprezy, gdzie przyjmowali halugrzybki, takie halucynogenne coś, co na chwilę zmienia świat w głowie. Mniejsza z tym. Łysy z racji eksperymentowania z różnymi mniej lub bardziej znanymi używkami i chodzenia na wiecznym haju nie był zbyt wiarygodny, ale od tej pory zaczęliśmy się przyglądać. Jemu i jej. Nie było bata. Jej zniknięcia pokrywały się z jego wyjazdami. Jego nieobecność na uczelni była także jej nieobecnością. Jednak kryli się tak dobrze, że dopiero, gdy postanowiłam ostatecznie rozwikłać tę zagadkę i przez niemal dwa tygodnie prowadziłam regularne śledztwo pod jego domem, potwierdziłam rewelacje kolegi.  Zdobycie adresu kosztowało mnie kupę kasy i debet na koncie, bo stażystka w sekretariacie okazała się wyjątkowo odporna na przekupstwo. Dopiero bilety na jedyny w Polsce koncert Michaela Jacksona zmiękczyły jej serce i podobnie jak w gangsterskich filmach przekazałyśmy sobie z ręki do ręki karteczkę z adresem i dwa bilety w sektorze A. Jednak to nie debet był bolesny, ale świadomość, ze Łysy dobrze zobaczył, to, co zobaczył.

Jerzy W. był najmłodszym profesorem na uczelni. Był najbardziej genialnym, elokwentnym, ciekawym człowiekiem w mieście. Sprawiał wrażenie, jakby przybył z innego świata. Świetnie ubrany, piekielnie inteligentny, z urodą przedwojennego amanta. Z tym swoim niewymuszonym luzem i garniturem białych zębów sprawił, że zakochałam się w nim jak wariatka zaraz na pierwszym roku. Podejrzewałam, że takich jak ja jest znacznie więcej. On, zwykle niedostępny, z wyczuwalną nutą pogardy traktował wszystkich, którzy byli poniżej jego poziomu. Choć nie okazywał tego w oczywisty sposób, było coś takiego w jego postawie i zachowaniu, że wszyscy po pewnym czasie zaczynali traktować go z nabożnym szacunkiem. Nie przestałam go jednak kochać. Każdej niemal nocy wyobrażałam sobie przed zaśnięciem jego ręce na swoich piersiach i język plądrujący zakamarki mojego ciała. W każdym chłopaku doszukiwałam się choć skrawka tego intelektu, analitycznego umysłu, ciętego dowcipu i witkacowskiego magnetyzmu. Te związki nie trwały zwykle długo. Nie chciałam wtedy tego przyznać, ale byłam wyjęta niczym z kiepskiego romansu, niedorosła. I teraz zobaczyłam na własne oczy scenę, gdy on, Jerzy W. całuje na pożegnanie tę bladą sukę. I nie był to bynajmniej przyjacielski cmok.

Ciasny pokój w akademiku stał się jeszcze mniejszy. Otwierałam okno za każdym razem, gdy byłyśmy w komplecie. Ustawiałam parawan z ręczników, by choć trochę zyskać intymności, która była towarem luksusowym zarezerwowanym dla tych, co mieli kasę i mogli pozwolić sobie na jedynkę. Takich jednak było niewielu, reszta tłoczyła się w przeludnionych pokojach. Wracałam tam, gdy naprawdę miałam już dosyć włóczenia się po mieście. Oglądanie Anki, jak rozczesuje te swoje włosy, zaplata w wiejski warkocz, odrzuca na plecy, jak wpada do pokoju szczęśliwa, zaróżowiona od mrozu z winem w dłoni krzycząc od progu, że szykuje się balanga, jak pichci te swoje kolorowe dania, które najbardziej banalną jajecznicę zamieniały w małe dzieło sztuki kulinarnej i estetycznej, było nie do zniesienia. Żeby jeszcze się obraziła kiedyś, wkurzyła, odszczeknęła, ale nie. Uczynna, opiekuńcza, uważająca, zawsze chętna do pomocy. Od tego chodzącego ideału zbierało  się na wymioty. Uśmiechałam się, gadałam z nią, nawet wino piłam, czułam jednak, że rozpadam się w środku, zamarzam. Pamiętam, że rzuciłam się w wir towarzyskiego życia, szukałam męskiego towarzystwa, które choć trochę zagłuszyłoby to, co kotłowało się w środku, w końcu wyprowadziłam się na stancję do pewnej dziwacznej staruszki i stada jej kotów. Byle dalej od niej.

W nowym semestrze początkowo nikt nie zwrócił uwagi, że warkoczowej blondi nie ma już na roku. Nie widzieliśmy się zaledwie dwa świąteczne tygodnie, potem sesja, w końcu w początkach lutego ktoś, może to nawet był Łysy skonstatował, że Anki nie ma już od jakiegoś czasu. Jerzy W. nadal brylował na korytarzach uczelni, więc plotki o ich romansie ucichły powoli śmiercią naturalną. I choć było to dość zaskakujące, że najlepsza studentka na roku rezygnuje w połowie studiów tuż przed egzaminami, to jakoś łatwo przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Kolejny miesiąc zatarł niemal zupełnie wspomnienie o pannie idealnej.

A teraz patrzę na nią, na tą skuloną poszarzałą postać na swojej kanapie. Nie wiem co robić. Szczerze mówiąc mam to w dupie. Mam gdzieś jej płacz, trzęsące się ręce, jej zgniłe opowieści. Mam gdzieś to wszystko, co wychodzi z jej sinych ust. Owszem, wstrząsnęły mną jej siniaki na rękach, ślady punktowych poparzeń, jakby ktoś gasił na niej papierosy. Zmusiłam ją do odsłonięcia rąk, które skrzętnie ukrywała naciągając rękawy bluzki, ale wciąż nie mogę uwierzyć w to co powiedziała. Dawne urazy mieszają się z falą niedowierzającego współczucia. Czuję, jak narasta we mnie coraz większa irytacja i złość, jak ciało reaguje dawną niechęcią. Chcę wyjść z tego pokoju, zostawić w środku wszystkie problemy zamykając drzwi na zawsze.

— Nie widzisz tego? – To ty jesteś swoim największym wrogiem – wrzasnęłam. Nie wiem czemu nagle zaczęłam przedrzeźniać jej słowa słodkim głosikiem „ale ja go kocham, ja go kocham”. Chciałam, by zabolało ją jeszcze mocniej niż ten papieros gaszony na dłoni. Dlaczego tak się zachowuję?

Dziesięć lat po studiach. Nie widziałam Anki przez cały ten czas, nawet nie wiedziałam, co tak naprawdę się stało, że zniknęła. Miałam swoje dość jeszcze nie poukładane życie, ale jakoś dawałam radę. Praca, pies, czasem seks po przyjacielsku. Bez zobowiązań, bez przywiązywania się. Pan W. wyjechał po zakończonym roku akademickim. Zdaje się dostał kontrakt na jakiejś uczelni we Francji. Pasował tam ze swoim zblazowaniem świetnie, przynajmniej wszystkim się tak wydawało. Początkowo śledziłam jego karierę, ale w końcu znudziło mnie to podglądanie czyjegoś życia. Czasem z sentymentu zaglądałam na jego profil na Facebooku. Nie był zbyt aktywny. Umieszczał tam jedynie swoje zdjęcia z jakimiś tuzami. Opalony, uśmiechnięty, wyluzowany i pewny siebie jak zawsze. Skąd więc ta nagła fala dawno zapomnianych emocji?

Skulona postać na kanapie jeszcze bardziej zapadła się w sobie. Od jej siorbania nosem, robiło mi się niedobrze. Popłakiwała cicho a ja zamiast współczucia miałam dla niej to, od czego chciała uciec. Pogardę, złość, irytację. Zupełnie nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Właściwie mówią, że takie historie o domowej przemocy mogą zdarzyć się wszędzie, ale on? Ciąża, dziecko, ucieczka z domu, druga ciąża, poronienie, wyzwiska, zamykanie w domu, zabieranie pieniędzy, poniżanie. Bicie. Na zimno. Z premedytacją. Szaleństwo miłości i nienawiści. Huśtawki emocjonalne i eskalacja przemocy aż do tamtego wypadku. Kopał ją w brzuch wypełniony dzieckiem. Przywiązał do kaloryfera i zostawił na cały dzień. Wyszedł. Tak po prostu. Musiała patrzeć na poroniony płód, który stygł na jej oczach. Nie wykrwawiła się całkiem jedynie dlatego, że było zimno. Za zimno. Zawsze przepraszał. Był taki dobry. Kupował kwiaty i drogą bieliznę, zabierał w miejsca, które ludzie oglądają jedynie w telewizji. Nigdy nie bił w głowę. Lubił jej piękną twarz. Lubił całować jej niebieskie jak len oczy. Tak mówił. Mówił pięknie. Mówił też strasznie. Że jest pierdoloną kurwą. Że wytnie jej serce i każe zjeść jej synkowi. Nigdy nie powiedział o nim – nasz synek. Zawsze był jej. Że obleje kwasem jej skórę, żeby nikt już na nią nie spojrzał, że może zdechnąć z głodu, że jej nienawidzi. Różne rzeczy mówił. A potem wyjechał. Wyjechał i nie odzywa się już trzeci miesiąc, choć wcześniej i sto razy dziennie dzwonił. A ona tęskni. Strasznie. I kocha. I spać nie może. Syn na wsi mieszka u dziadków. Kochają jedynego wnuka, ale jej wybaczyć nie mogą. Nie pracuje. Nigdy nie pracowała, on chciał mieć ją zawsze gotową. Nie lubił czekać. Właściwie to nie ma gdzie mieszkać. Wyrzucili ją z mieszkania. Nie płaciła, bo nie miała z czego. Nie zostawił jej pieniędzy, bo zaraz miał wrócić.

— Dlaczego do mnie przyszłaś? Czego właściwie chcesz?

Tylko wzruszenie ramion.

– Idź już – powiedziałam otwierając drzwi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *