Powrót

Powrót

Zobaczyłam ją siedzącą w kucki w miejscu, gdzie kończył się las. Siedziała na zwalonym pniu ściętym zeszłego roku przez Chudego. Jej wołające o pranie ciuchy były męskie. Za duża zdecydowanie bluza zakrywała kolana. Drobne dłonie niknęły w zbyt długich rękawach. Schodzone buty powiązane były pourywanymi i związanymi na supeł sznurówkami. Próbowała ukryć twarz pod kapturem ale sznurek dziwnie zaplątał jej się w potargane włosy i po chwili szarpaniny dała spokój i jeszcze mocniej naciągnęła bluzę na nogi.

– Hej… – powiedziałam z głupia frant. Zatkało mnie. W tej dziurze można spotkać czasem grzybiarzy, sporadycznie trafiają się letnicy rozbijający namiot w pobliżu lasu i udających powrót człowieka do natury, dopóki komary znad bagna nie dadzą im porządnie w kość. Dawno temu był też ośrodek Monaru dla młodzieży dopóki nie zgłosił się pociotek właściciela pałacyku, w którym byli zakwaterowani. Mimo, że działał przez zaledwie rok, czy półtorej, to zapamiętałam jego pensjonariuszy, którzy wyglądali bardzo podobnie do siedzącej przede mną teraz młodej dziewczyny. Też było w nich coś takiego głupio upartego.

Zacisnęła wargi, odchyliła się do tyłu i splunęła spienioną śliną. Nie robiła przyjaznego wrażenia. Głośno westchnęła. Jakby z lekceważeniem i odrobiną wyczuwalnej złości.

– No i czego się tak lampisz? – przewróciła oczami.

Patrzyłam na nią i nie mogłam przestać. Zwykle peszyły mnie nieznane osoby. Uciekałam przed nimi i obserwowałam z bezpiecznej odległości.   

– Potrzebujesz czegoś? Pomocy?

– Spadaj.

Powiedziała to jakoś miękko. Nie tak jak Chudy, kiedy był napity i nie chciał mnie oglądać. Brzmiało to w jej ustach jak zachęta by obok usiąść i tak samo jak ona objąć kolana ramionami. Nie była już naprężona i kolczasta. Jej czoło pod jasną grzywką nie marszczyło się jak przed chwilą. Pionowa kreska między brwiami znikła. Włożyła brudny palec do ust i zaczęła obgryzać postrzępione skórki, jakby czekając na mój ruch.

– Masz coś do szamania? – spytała nie patrząc na mnie.

– Do czego? – nie zrozumiałam.

– No, do jedzenia – podniosła głos.

-T… tak – sięgnęłam do kurtki po moją bułkę. Chudy nie wrócił dzisiaj na noc. Nie żebym się martwiła, to zdarzało mu się co jakiś czas. Za to wczorajsze bułki były nienaruszone. I to było bardziej niepokojące. Zawsze kupował cztery na śniadanie. I od razu po drodze ze sklepu zjadał jedną. W domu kolejne dwie. Załapywałam się na tę, której mu zbywało. Tym razem w chlebaku na kuchennym stole były wszystkie cztery. Z przyzwyczajenia wychodząc z domu zabrałam tylko jedną, a teraz żałowałam. Nie będę miała nic na śniadanie w szkole. Mój brzuch będzie bulgotał z wyrzutem gdy nie dostarczę mu czegoś do zabawy około dwunastej. Na samą myśl o ośmiu godzinach o pustym żołądku zawahałam się wyciągając do nieznajomej rękę z kanapką z żółtym serem.

– Nie chcesz, to nie dawaj – obruszyła się.

– Nie, no co ty, masz – podsunęłam jej teraz zawiniątko zdecydowanym ruchem. – Jedz – powtórzyłam – po woli usiadłam obok niej. Zauważyłam plamy od żywicy na jej podartych dżinsach. Nie do sprania – pomyślałam. Cała jest nie do sprania. Jakby osad był na powierzchni jej skóry. Matowość.

Jadła powoli, mimo, że widać było że jest głodna. Odrywała małe kęsy, jakby chciała przedłużyć tę chwilę, tę przyjemność rozpływania się kęsów na języku i podniebieniu. Jej żuchwa poruszała się rytmicznie, nos wciągał zapach sera i pieczywa. Była jak pies, który ma dzikość w sercu i maniery arystokraty. Podobała mi się. Podobała mi się zupełnie inaczej niż Chudy. On zawsze stawiał siebie na pierwszym miejscu. Liczyła się jego wygoda, jego sprawy, jego zaspokojenie. Nigdy nie mówił gdzie wychodzi i kiedy wraca. Imponowała jej początkowo ta jego niezależność, pogarda dla systemu, bezpardonowość w braniu wszystkiego, na co miał ochotę. Podobały jej się jego długie ręce, świdrujące oczy, to, jak zaciągał się skrętem robiąc przy tym taki śmieszny dziubek, jego pokryty ciemnymi włosami brzuch i podbrzusze. Czasem bałam się jednak tej obcesowości i wybuchów agresji. Coraz częściej. Właściwie, to uświadomiłam to sobie w tej chwili, że jedyne co czuję do Chudego, to strach. Przyznanie się do tego oznaczałoby porażkę wszystkiego, o co tak walczyłam. Wyprowadziłam się do Chudego, gdy tylko skończyłam 18 lat. Byłam wtedy tak pewna swojej miłości, tak przekonana, że ten mężczyzna jest szalupą ratunkową przed codziennymi huraganami matki, że postawiłam wszystko na jedną kartę, spakowałam rzeczy do żeglarskiego worka, z którym jeździłam na wakacje i przeniosłam się na tę zapadłą wieś, do domku, który kiedyś należał do prababci, a który teraz był podgniłą, zimną ruderą z wiecznie zapchanym piecem. Zostawiłam nie tylko dom, matkę ale i szkołę, całkiem niezłe nyskie liceum. Kilka tygodni nie wychodziliśmy z łóżka. Chudy nauczył mnie życia. Tak mówił. – Nauczę cię życia. I gdy już nasycił się moim ciałem i kiedy wpadał w te swoje depresyjno-alkoholowe ciągi miałam faktycznie przyśpieszony kurs dorosłości. Zaciskałam zęby i uczyłam się nie wchodzić mu w drogę. Zapisałam się wtedy do jedynego technikum zawodowego w sąsiednim miasteczku. Uprosiłam dyrektorkę, by ta przyjęła mnie w połowie semestru. Półtorej roku to wystarczająca przerwa, by zatęsknić za szkolną ławką. Zresztą i tak nie miałam co robić z czasem, gdy Chudy wędrował gdzieś po okolicy.

Patrzyłam na nią a moje ciało wyczyniało dziwne ewolucje. Niepewność ustąpiła ciekawości. Złapałam się na tym, że ją obwąchuję. Jak zwierzę, które próbuje wyczuć na co może sobie pozwolić. Moje nogi osłabły. Osunęłam się więc powoli siadając na mchu naprzeciw niej. Podskoczyłam jednak czując wilgoć na spodniach. Mech był mokry. Przesunęłam się więc obracając w jej stronę i usiadłam obok. Mimo swojej szczupłości wydawałam się sobie potężna przy jej ptasich nadgarstkach i spiczastych kolanach.

– Masz jeszcze? – zapytała wykonując gest potrząsania zatłuszczonym papierem od kanapki.

Potrząsnęłam głową.

Nie odpowiedziała, tylko wpatrywała się we mnie tymi swoimi krowimi oczami, a ja czułam, jak wędruje na samo dno mojej duszy, tam, gdzie nawet ja nie chcę zaglądać. Chudy też tak na mnie patrzył. Kiedyś. Przez chwilę. Spuściłam wzrok. Nie mogłam wytrzymać tego dobrze znanego uczucia przyłapania mnie na gorącym uczynku.

– Śmierdzisz – powiedziałam głośno i obcesowo. By ją zranić, dotknąć, wyrzucić z tego samozadowolenia nakarmionego psa.

– Śmierdzę – potaknęła.  – Mogę się u Ciebie umyć?

Tego nie przewidziałam. Nie sądziłam, że będzie chciała pójść ze mną do mojej rudery ale ta myśl nagle wydała mi się całkiem zabawna, a nawet na swój sposób podniecająca.

– Nie mam łazienki. Myjemy się w misce – powiedziałam.

– Może być miska – nie odwróciła wzroku, nie speszyła się. Z lękliwej kury nie zostało już nic. Patrzyła wyzywająco w moje oczy. Tak bardzo przypominała teraz Chudego, z czasów gdy jeszcze potrafił skupić wzrok na jednym punkcie. – Gdzie mieszkasz? – spytała.

– Tam – wskazałam głową leszczynowy zagajnik, za którym chylił się do ziemi dach naszej chatynki. Wstałam z ociąganiem jakby ważyły się we mnie dwa przeciwstawne pragnienia. Pójście do szkoły i udowodnienie światu, że jednak dam sobie radę i zabranie dziewczyny do domu, modlenie się, żeby Chudy się o niczym nie dowiedział i napawanie się moją małą tajemnicą. Wiedziałam, że jestem na odwyku i podobnie jak u alkoholika jedne wagary mogą sprawić, że znowu wpadnę w ciąg bumelowania i odpuszczania sobie wszystkiego. Nie chciałam być jak Chudy. Wiecznie w poprzek społeczeństwa. A jednocześnie pociągała mnie i drażniła od środka myśl o tej dziewczynie w moim domu. O nagości, gdy jej ubrania będą się suszyć na wiosennym słońcu.  O jej kwaśno-słodkim zapachu wypełniającym przestrzeń domu.

Nalałam wody do metalowej wanienki, w której babcia namaczała pranie dawno temu. A może mieszała w niej ziemniaki dla świń. Nie pamiętam zbyt dobrze. Jej kruchość pozwalała na to, by usiąść w kucki. O zanurzeniu się nie było mowy. Polewałam jej głowę, maleńkie piersi i plecy z dobrze widocznymi paciorkami kręgosłupa. Mydło pachniało syntetyczną różą. Namydlona poddała się znowu strumieniowi ciepłej wody z metalowego garnuszka. Brudna piana unosiła się na powierzchni wody. Miałam ochotę dotknąć jej pleców. Rozczesać włosy. Z bliska przyjrzeć się sutkom.

Niepokoiłam się nieobecnością Chudego. Zwykle o tej porze chrapał na kanapie skacowany, trzeźwiejący lub nie. Nie było go od wczorajszego przedpołudnia, gdy wyszedł z domu nie ruszając bułek, które kupił na śniadanie. Obecność dziewczyny wpływała na mnie pobudzająco. Nie wiedziałam co robić. Chciałam mieć zajęte przez cały czas ręce i głowę, by nie myśleć i nie poddawać się wypełniającemu mnie ciepłu w podbrzuszu. Lęk mieszał się z podnieceniem. To jest u mnie wybuchowa mieszanka. Zachowuję się wtedy jak jeleń w rui. Podekscytowana, zaślepiona, wiernopoddańcza. Odkryłam to, gdy Chudy przyprowadził kiedyś dwóch kolegów, z którymi ostro pił. I którym potem pokazywał mnie jak krowę na targu zaglądając w każdy zakamarek ciała, prezentując kompanom moje wdzięki. Odsłonił moje zęby, wyciągnął z biustonosza piersi ugniatając je przy tym mocno i ciągnąc za sutki, a następnie odwrócił mnie tyłem do siebie, kazał położyć na stole pomiędzy kieliszkami z wódką, rozchylił moje pośladki i wspólnie oglądali zawartość mojej cipki, wsadzając na zmianę nos we mnie i zaciągając się moim strachem i podnieceniem. Nie pozwolił jednak na nic więcej, traktując mnie jak swoją własność, którą można się pochwalić, natomiast na pewno nie pożyczać. Byłam podniecona tym spektaklem ze mną w roli głównej, wilgotna i zbyt przerażona by coś z tym zrobić. Zresztą ci koledzy niespecjalnie mi się podobali. Dużo starsi od Chudego, zarośnięci, z kwaśnym oddechem.

Teraz czułam wyraźnie pulsowanie w dole brzucha i mój przyśpieszony oddech. Patrzyłam na jej piersi tak, jak oni patrzyli na mnie. Byłam jednak dużo bardziej miła i delikatna.

– Nina – dziewczyna podała mi rękę.

– Sasza – podchwyciłam chętnie konwencję podając jedyny czysty ręcznik.

– Mieszkasz tu sama? Nie za czysto – rozejrzała się wokół.

– Z Chudym – odpowiedziałam podążając jednocześnie za jej wzrokiem.  Fakt. Niepościelone łóżko, jakieś gary w zlewie ale reszta była ok. Wczoraj zamiatałam. Trudno ze starej chałupy zrobić Wersal. Było przynajmniej ciepło, bo rano napaliłam w kozie i jeszcze nie zdążyło wystygnąć.

– I gdzie on?

– Nie wiem – odpowiedziałam niepewnie. Nie wrócił na noc, pewnie zapił u kogoś i jeszcze odsypia.

– Może jest u innej? – zapytała z drwiącym uśmieszkiem.

– Może, nie zdziwiłoby mnie to – stęknęłam. To nie była przyjemna myśl. Mimo strachu przed nim to w końcu był mój facet. Od dwóch cholernie długich lat. Przełknęłam ślinę nerwowo.

– Pewnie śpi gdzieś w rowie – powiedziała. Chciała mnie tym pocieszyć, zdawałam sobie jednak sprawę, że noce jeszcze były zimne, czasami przy gruncie zdarzały się cały czas przymrozki i nie tak trudno było zasnąć wieczorem w rowie snem wiecznym.

Odwróciła się do mnie przodem i sprawiła, że jej ręcznik miękko opadł na ziemię odsłaniając jej nagość. Oblała mnie fala gorąca. Zapragnęłam zbadać jej ciało, dowiedzieć się, co ma między nogami i jak reaguje na dotyk. Ale ona była sprytniejsza. Odsłaniała się tylko na chwilę, by zaraz schować się za ręcznikiem. Powtarzała ten taniec kilkukrotnie. Poczułam, jak mężczyzna. Nie tylko chęć wzięcia jej zdecydowaną, męską siłą nie bacząc na jej podniecenie i gotowość ale i zapragnęłam zobaczyć, co się stanie, gdy wsunę dwa palce w jej miękkość  i wilgotność. Przysunęłam się do niej. Nasze oddechy przyspieszyły. Ręce i dłonie zamienione w wężowe stwory splatały się z innymi, tańcząc swój taniec w powietrzu.

– Kurwa! Ja pierdolę! W chuj jebane dziwki! – Chudy wtoczył się z hukiem do domu. Oparł się o futrynę wpuszczając zimne, kwietniowe powietrze. Omiótł wzrokiem kuchnię, zatrzymał się na nagości dziewczyny i z obleśnym uśmiechem, bełkocząc pod nosem jakieś wulgarne teksty zwalił się na podłogę, uderzając głową w rant metalowej wanny, wylewając przy okazji mydliny. Jeszcze próbował wstać rzucając rękami na boki ale jego ciało stanowiło teraz nieskoordynowaną plątaninę nerwowych odruchów. Woda z wanienki zabarwiła się na czerwono od krwi wypływającej z rozciętej skroni. Stałyśmy patrząc na Chudego, który raz po raz próbował wstać wyrzucając przy okazji całe morze przekleństw. W końcu opadł z sił. Jego spodnie mokre od rozlanej wody lub sików, którymi śmierdział uwalane były błotem z jednej strony. Więc rów – pomyślałam. Nie zamarzł przynajmniej. Przez moment przemknęła przeze mnie myśl, że jednak szkoda. Popatrzyłam na dziewczynę. Jej twarz, tak pełna odrazy i przerażenia otrzeźwiła mnie. Nie będzie mnie ta dziwka oceniać, z kim mieszkam i kogo kocham!

– Posprzątajmy to – usłyszałam. Jeszcze stałam bez ruchu, gdy ona, cały czas naga zaczęła zbierać ręcznikiem rozlaną wszędzie wodę.

Przeniosłyśmy Chudego na rozbabrane łóżko zdejmując mu ubranie i uchylając się od ciosów pięścią wymierzanych na oślep. Powstrzymując odruch wymiotny. W końcu Nina przykryła leżące ciało jedynym kocem, jaki  był pod ręką.

– Nie!  – powiedziałam. I zmieniłam koc na starą kapę na łóżko, trochę zjedzoną przez myszy i mole. Koc był rzeczą, którą kupiłam za resztę pieniędzy wywiezionych z rodzinnego domu. Był ramionami, do których potrzebowałam się przytulić i w których próbowałam się rozgrzać, gdy temperatura w chałupie spadała do 10 stopni. Zbyt cenny dla mnie, by poświęcać go dla pijanego faceta, do którego czułam w tej chwili tylko i wyłącznie wstręt. Strach przyjdzie później. Gdy alkohol przestanie działać. I żal. Żal, że to wszystko tak się potoczyło. W jednej chwili poczułam się oszukana. Zdradzona. Czułam, jak ucieka ze mnie życie, że cokolwiek spróbuję mieć swojego, to on to zepsuje, zniszczy.

– Kurrrrwa! – krzyknęłam. Ty pierdolony gnoju! – Zaczęłam się wydzierać na Chudego, który nawet nie drgnął. Zamachnęłam się i uderzyłam pięścią w tą jego zadowoloną, ochlaną gębę! Biłam go gdzie popadnie w szale, w amoku! Słabe jęki spod kapy tylko wzmagały moją wściekłość. Nagle poczułam jak ktoś łapie moje ręce i wykręca je do tyłu! Nic nie mówiła. Trzymała mnie w stalowym uścisku dopóki moja wściekłość nie minęła. Obróciła mnie powoli do siebie. Przylgnęła ciałem i zaczęła całować po szyi. Zalała mnie fala gorąca podobna do tej, jaką przed chwilą czułam w gniewie i wściekłości. Było to zadziwiające. Stałam próbując wykonać jakiś gest ale moje ciało było wiotkie, poddające się. Czułam jej usta przesuwające się po mojej szyi, dotykające moich ust, skroni, oczu. Jej oddech był życiodajny. Zasilał moje ciało niczym generator energii. Podobnie jej ręce i dłonie. Przesuwały się po ciele a każde dotknięcie sprawiało przyśpieszone krążenie krwi. Gdy w końcu dotarła najpierw dłonią a potem oddechem do mojej cipki ta była gotowa i otwarta na spotkanie z nią. Chudy nigdy się nie zatrzymywał w tym miejscu. Parł na przód, jakby celem było jedynie spuszczenie się w dziurze. I było mu wszystko jedno w jakiej. Potem wyganiał mnie twierdząc, że powinnam się umyć a tak naprawdę chodziło mu o to, by wygodnie rozłożyć się na wąskim łóżku i zasnąć. Bywał podniecający. Szczególnie na początku, gdy chciał się kochać o każdej porze, gdy powtarzał mi za każdym razem jak go kręcę, że mój tyłek jest najpiękniejszym tyłkiem  na świecie albo przynajmniej w okolicy. Całował mnie wtedy mocno, namiętnie. Dotykał, kazał pokazywać cipkę, gdy jechaliśmy autobusem pełnym ludzi, stawał za mną na poczcie udając, że czeka w kolejce i próbował dosięgnąć palcami mojego wnętrza pod spódnicą. Zabierał na diabelski młyn i gdy tylko oderwaliśmy się od ziemi chciał, bym ściągała bieliznę i siedziała z rozchylonymi udami do momentu, aż niemal ktoś mógł zajrzeć do środka wagonika. Był namiętny, dziki, szalony. Jego wiecznie potargane włosy łaskotały mnie po twarzy gdy całowaliśmy się pod szkołą, w damskiej toalecie, w tramwaju jeżdżąc na gapę, wśród tłumu ludzi przechodzących w pośpiechu obok nas. Wkładał mi wtedy język do gardła. Wylizywał boje usta, ssał język. Byłam jego własnością. Jego zdobyczą. Czułam się zwyciężczynią. Podnieconą i wilgotną niemal non stop. To mnie wybrał! To ja jestem tą, z którą chce uprawiać seks, która go podnieca.  Ciągle na haju, na wysokich obrotach, nabuzowany, gotowy we mnie wejść  w jednej chwili. Wystarczyło unieść rąbek spódnicy. Pokazać, że moje majki zniknęły w torebce lub są tak zrolowane, że odsłaniają wargi.

Leżałam na ziemi. Nina podłożyła pod moje pośladki koc. Sama nachylała się nade mną przytykając czoło do mojego łona. Była w niej moc i zdecydowanie a jednocześnie wielki spokój. Pewność każdego ruchu. Rozchyliłam nogi a ona przytknęła swoje usta do  mojego pulsującego centrum. Rozprowadziła moją wilgoć, a ja jeszcze bardziej poddałam się jej dotykowi. Poczułam jej palce wnikające we mnie.  Delikatnie i zdecydowanie jednocześnie. Bez strachu ale z uwagą wyczuloną na mój ruch i dźwięki, jakie wydobywały się ze mnie. Zaczęłam się poruszać. Nasadzać na jej dłoń. Rozsadzało mi głowę, ręce miałam bezwładne, ciężkie, jakby podłączone do prądu. Cała byłam tym ruchem pochodzącym z wnętrza mojego ciała. Nie chciałam, by przestawała. Jęczałam jakby mieszkały we mnie różne istoty. Piskliwie i cienko a momentami gardłowo i dziko niczym grzmot toczący się przez suchą, jałową ziemię. Czas nie istniał. Ani Chudy. Ani ta zapyziała chałupa. Przestałam widzieć. Byłam tylko czuciem. Gromem. Energią. Centrum Wszechświata mieściło się w moim podbrzuszu, wewnątrz mojego ciała. Stamtąd płynęły wszystkie te głosy. Stamtąd wydobywały się dźwięki. To tam tworzyła się moc. Nagle jej palce zniknęły. Poczułam jak na ich miejscu pojawia się jej cipka. Jak nasze waginy się całują, wymieniają sokami, ślizgają. Gdy wydawało mi się, że napięcie jest już tak duże, że kulminacja musi nastąpić w ciągu paru sekund ona zerwała się, podniosła i przylgnęła do mnie nagim ciałem. Chciałam krzyczeć! Jak to! Teraz?! Poczułam się oszukana i zawiedziona! I nie mogłam wydobyć słowa. Masując miejsce pomiędzy moimi piersiami  mówiła coś do mnie ale moje uszy, głowa, rozum, były pod wodą. Były zanurzone niczym w ciepłym płynie, który wszystko zniekształcał. Poczułam jednak, jak ogień z wnętrza mojego ciała przesuwa się w górę, nie słabnąc wcale. Ten ból, to pęknięcie,  gdy otworzyła mi serce był najsłodszym orgazmem, jaki przeżyłam.  Rozpływał się po opuszki palców, obejmował nie tylko brzuch, nogi, klatkę piersiową. Był w moich włosach, oczach, paznokciach. Przetaczał się przez organy wewnętrzne, otulał z zewnątrz niczym miękki koc dający schronienie a jednocześnie wystawiający całe moje ciało na widok publiczny. Czułam jej ciężar na moim ciele. Jej zwalniający oddech. Spoconą skórę.

I w tym momencie Chudy poderwał głowę i z bluzgiem zwymiotował na podłogę obryzgując wymiocinami wszystko dookoła. Poderwałam się z obrzydzeniem. Patrząc na skapującą cuchnącą masę nie widziałam Chudego. Widziałam siebie. Moją miłość do niego, zaufanie, jakim go obdarzyłam, własną bezmyślność i zaślepienie. Widziałam wszystkich, których skrzywdziłam swoją ucieczką z tym człowiekiem. Mamę, ojca, Jaśka, który podkochiwał się we mnie od piątej klasy. Nie czułam nienawiści do niego, ani strachu. Zobaczyłam bezradne, upodlone, ślepe, zamknięte ciało, które usiłowało przeżyć w tym świecie, który traktował go jak wyrzutka, społeczny odpad. Zobaczyłam to wszystko niczym w błysku pioruna. Nagle. Ostro. Z całą bezwzględnością. Takie, jakie było. Brudne, żałosne, niekochane. Moja miłość nie miała szansy zmienić go. Nie mogła zmienić rzeczywistości. Zadufana i głupia była szczeniackim buntem bez większego znaczenia.

Poczułam, jak wzbiera we mnie fala mdłości. Chciałam wybiec , uciec, trzasnąć drzwiami. Zamiast tego wyjęłam z zimnej sieni swój żeglarski worek. Spakowałam do niego to, co jeszcze nadawało się do włożenia, portfel z 10 złotymi w środku.

– Gotowa? – spytała Nina patrząc mi w oczy. Miała na sobie podwinięte spodnie Chudego, które dzień wcześniej zdjęłam ze sznurka i pieczołowicie poskładałam do babcinej szały i jego bluzę z nadrukowanym wściekłym buldogiem, któremu skapuje ślina z paszczy. Skinęłam głową. Nie odwróciłam się, gdy zamykałam drzwi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *