Wizyta

Wizyta

Popatrzył na nią leżącą w ciemności. Widział zarys jej sylwetki wyciągniętej na jego łóżku, na jego pomiętej pościeli noszącej ślady porywczej, drapieżnej, głośnej namiętności, tego pożaru, który opanował ich oboje już od chwili, gdy przekroczyli próg mieszkania. A nawet wcześniej, gdy w windzie jego ręce błądziły niecierpliwie pod jej cienką kurteczką, nie mogąc się doczekać by dotknąć jej skóry, albo jeszcze wcześniej, gdy tańczyli w klubie w ścisku, wtuleni w swoje ciała, wdychając zapach tej drugiej osoby, jakby mógł on powiedzieć im o tym, kim jest ta dziewczyna, kim jest ten mężczyzna, albo jeszcze wcześniej, gdy jego wzrok wyłowił ją z tłumu. Już pierwsze spojrzenie sprawiło, że świat wokół zawęził się do niebieskich, przenikliwych oczu, wydatnych ust, kształtnej sylwetki i tego niezwykłego poczucia jakby to cały Świat właśnie wszedł do klubu, w którym on co sobotę bezskutecznie szukał zapomnienia.

Stał teraz nad tą, która była Światem i mimo niedawnych miłosnych zapasów, zakończonych orgazmicznym spazmem rozkoszy z jej i imponującym wystrzałem z jego strony czuł, że jego męskość wcale nie chce kończyć dzisiejszego wieczoru. Był podniecony. Czuł żar w swoich lędźwiach tak wielki, jakby to co czego doświadczył przed chwilą, zupełnie się nie wydarzyło.

By przedłużyć tę chwilę, tą radość w sobie podszedł do sprzętu grającego, włączył nastrojową muzykę, zapalił białe świece, które od dawna trzymał w szufladzie, wyjął z wazonu kilka róż, które dzisiaj rano włożyła tam jego gosposia, podszedł do wielkiego łóżka na którym owinięta w skrawek kołdry, z rozrzuconymi włosami, i nogami ugiętymi w kolanach leżała ona, przypatrując mu się w milczeniu spod wpółprzymkniętych powiek. Delikatna muzyka wibrowała wokół nich, zapach róż, z których właśnie obrywał jeden po drugim płatki wydawał się pochodzić z wnętrza samej miłości. Drżała za każdym razem, gdy płatek róży spadał na jej nagie ciało. Jej oddech nieznacznie przyśpieszył, ciche pomrukiwania i delikatny ruch biodrami sprawiał, że jego pożądanie rozsadzało mu lędźwie. Nogi kobiety rozchyliły się ukazując różowe, wilgotne, nabrzmiałe wnętrze jej waginy, okolonej miękkimi kręconymi włosami. Było tak inne, tak pierwotne, tak zupełnie niespotykane już u tych wszystkich wygolonych na gładko dziewczyn prężących się w pozach mających sugerować umiejętności żywcem przeniesione z filmów dla dorosłych, dosadne, nie zostawiające nic, co by można było odkryć, powtarzalne w tysiącach klonów z takim samym wyrazem twarzy. Jej zapach, ciężki piżmowy, przepleciony nutą jego nasienia drażnił mu nozdrza, skapywał na prześcieradło. Miał ochotę zanurzyć nos w ten zagajnik, w wilgoć, w czerwień, miał ochotę wciągnąć go mocno do samego dna płuc, poczuć, jak wypełnia go po czubki palców. Miał ochotę językiem zlizać kropelki potu z jej zagłębień w pachwinach, zejść niżej, spróbować jej, zobaczyć jak smakuje, poczuć jak wypełnia jego usta, jak nabrzmiewa ogrzewana jego oddechem. Tymczasem patrzył.

Za każdym razem, gdy różane płatki spadając muskały jej wargi sromowe, wydawała z siebie cichy jęk pożądania. Tak delikatny dotyk, niczym motyli ruch skrzydeł, a jednak budzący tak wielką falę rozkoszy. I było zupełnie inaczej niż godzinę temu, gdy gwałtowne ruchy, zęby i paznokcie w jego skórze rozrywały powietrze głośnym jękiem, bezwiednie powtarzanym słowem, – TAK, TAK, krzykiem zduszonym najpierw a później uwolnionym z głębi wszechświata, z samego środka rozkoszy. Teraz gwałtowność zamieniła się w spokój, porywczość w zmysłowość, krzyk w cichy pomruk, ale znaczyło to tylko tyle, że ich szaleńcze pożądanie, zaspokoiło ich pierwszy głód. Nie wyczerpało jednak przyjemności jedzenia. Było jednak tylko ciszą przed burzą. Mężczyzna czuł, jak ładunki elektryczne w powietrzu krążą coraz szybciej i szybciej, wyładowanie było tylko kwestią czasu.

Klęczał między jej rozchylonymi udami z wyprężonym penisem gotowym na ponowne wejście do akcji. Napawał się widokiem tego zjawiska, o którym w najbardziej mokrych snach nie śmiał śnić. Był jednocześnie podniecony, szczęśliwy i pełen niedowierzania, że to, o czym nawet nie marzył, było realne, jęczało pod dotykiem jego palców, wilgotniało, gdy na nie patrzył, otwierało się zapraszająco na widok jego męskości gotowej do jazdy.

Klęcząc poczuł nagle, jak jego nabrzmiały penis obejmuje nagle miękki, wilgotny język, jak jego lekko szorstka powierzchnia drażni skórę przesuwając się powoli w górę i w dół, obejmuje go od czubka, po nasadę, owijając się wokół niego, drażniąc, wpycha w szczeliny, zatacza koła, wibruje na koniuszku, dotyka jąder i anusa budząc w nim nieznane dotąd doznania. Zaskoczony spojrzał w dół. Kobieta nadal leżała na plecach, jej głowa wciśnięta w poduszkę, szyja wyprężona w rozkosznym spazmie, dłonie zagarniały prześcieradło po bokach, a nogi rozłożone szeroko drżały oparte na jego ramionach. Z pochwy kobiety wysuwał się długi język, który dosłownie otulał męskość kochanka. Owijał go, pochłaniał, wciągał coraz bardziej, zdawało się, że jej pochwa oddycha, a wargi sromowe niczym usta zamkną się zaraz, obejmując  swoją ciepłą wilgocią wszystko to, co tak bardzo dla niego cenne. Przerażenie odebrało mu przez chwilę jasność myśli, ale pożądanie nie pozwoliło uciec. Zresztą jego ramiona spoczywały w objęciach jej ud, a ciało przyciśnięte ciężarem jej ciała poddało się rozkoszy, o jakiej wcześniej nawet nie słyszał. Resztką różanego kwiatu, który cały czas trzymał w dłoni usiłował przetrzeć oczy, by odgonić omamy, które jak mu się zdawało go nawiedziły.

Nie bój się – chodź – usłyszał tuż przy swoim uchu, chociaż kobieta cały czas leżała na plecach.  – Chodź, chodź, chodź, zdawało się szeptać wszystko dookoła. Język wysuwał się z pochwy i w niej się chował, wargi sromowe nabrzmiały, rozwierały przed nim swoją głęboką ciemną i ciepłą czeluść. Schylił się, by wyraźniej przyjrzeć się temu tworowi. Nie zauważył wcześniej nic takiego. Kochali się namiętnie, szaleńczo, ale wszystko było jak z innymi, może bardziej intensywnie, bardziej twórczo, ale przecież tak samo! A teraz nie potrafił zrozumieć tego, co się dzieje. Co dzieje się w jego łóżku i co dzieje się z nim samym. Jego erekcja była od czterech godzin tak samo potężna jak na początku. Mimo zmęczenia, mimo wytrysku, jego wielki przyjaciel cały czas stał wyprężony niczym żołnierz strzegący pałacu Buckingham.

Pulsująca wilgoć wzywała go, wołała, kusiła, wyginała się w łuk z jękiem i z drżeniem wracała. Była szczodra i obfita, zachęcająca do tego by w nią wejść, zanurzyć się, zapomnieć, zniknąć. Wołała go, wabiła niczym syrena swoim zwodniczym śpiewem, za którym on szedł jak lunatyk, jak oczadziały, bezwolny, bez rozumu, trzymający się jedynie resztek swojego instynktu przetrwania, które nie pozwalały mu zupełnie się poddać i rozpuścić. Całe ciało miał w erekcji, nie tylko penisa. Czuł jak pulsują mu pożądaniem nogi, pośladki, twarz, widział przed sobą zamglony obraz swoich własnych dłoni kierujących się w stronę tej żywej ciemności, wibrującej w tańcu pożądliwej rozkoszy. Dotknął miejsca, gdzie powinna być jej wagina, gdzie powinny być nabrzmiałe wargi i zapraszający mokry otwór jej ciała. Jego dłonie zanurzyły się w ciepłym oddechu z wnętrza wszechświata. – Chodź – szeptał głos tuż przy jego uchu, – chodź, rób mi dobrze, pieść mnie, gryź mnie, włóż we mnie to co masz najlepszego, tylko na to zasługuję, tylko tego chcę. Jej szept stał się bardziej słyszalny przechodził stopniowo w rzężący jęk, jaki wydają z siebie kobiety przed finałowym spazmem rozkoszy, tylko że ten jęk zwielokrotniał się oplatając jego głowę. Słyszał go każdą komórką swojego ciała, każdym porem skóry, każdym mieszkiem włosowym postawionym w tej chwili na baczność.

Jego penis zanurzył się w rozłożystą ciemność ud. Poczuł znowu ten oplatający go język. Poczuł oddech i szorstkość podniebienia. Poczuł zęby zaciskające się wokół nasady jego wojownika, ale w tej właśnie chwili jego ciało eksplodowało! Jej krzyk przeszył go do głębi. Był nieludzki, nie z tego świata. Był krzykiem pramatki Ziemi, złączonej w miłosnym tańcu z bogiem. Wybuchem kosmicznej energii, jaźni, początkiem wszystkiego…

Zobaczył ją w kuchni, odwróconą twarzą do kuchenki, na której coś robiła. Ubrana w jego koszulę, wydawała się tak krucha i delikatna. Jej długie nogi, zarys pośladków, smukłość szyi, miękkość włosów na ramionach sprawiała wrażenie niewinności, a nawet pewnej dziecięcości. Odwróciła się do niego. Stali tak przez chwilę zaglądając sobie w dusze.

– Kim ty jesteś? – wyszeptał.

– Kim jesteś – powtórzył. Co się tam wydarzyło – zapytał wskazując głową łóżko w sypialni.

Nieznacznie wzruszyła ramionami i z powrotem stanęła tyłem do niego. Zirytowała go tym gestem. Chciał wiedzieć! Miał do tego prawo! Miał prawo wiedzieć, z kim spędził ostatnie godziny! Chciał przeżyć to raz jeszcze, ale nie umiał opanować niepokoju, nie potrafił ocenić prawdziwości tego, co doświadczył przed kilkoma godzinami. Sen nie przyniósł mu ukojenia. Nie przyniósł poranka i zapachu kawy. Był i nie był jednocześnie, podobnie jak ona. Jawiła mu się niczym fatamorgana, nierealna, nierzeczywista, wymyślona, tymczasem stała tu przed nim naga, w rozpiętej koszuli, odwrócona tyłem i ignorująca jego pytania. Nie mógł zdzierżyć tego,  że jego ciało znów było gotowe do miłosnych zmagań, mimo, że obolałe i pachnące jeszcze poprzednim nieziemskim aktem.  Podszedł do niej i chwytając ją za ramię gwałtownie odwrócił.

Ułamek sekundy później leżał na ziemi w kałuży krwi. Jego głowa, wykręcona pod dziwnym kątem, z wielką ziejącą dziurą na twarzy, niczym wygryzioną przez dzikie zwierzę trąciła podczas upadku wazon z różami zostawionymi przez gosposię. Płatki róż nasiąkały powoli czerwienią jego krwi.

Dziękuję za wspaniałą noc – powiedziała kobieta zbliżając twarz do jego ucha.  Jej język dotknął delikatnie kącika jego oka, gdzie zebrały się wydzieliny z jego rozprutej twarzy. Zlizała kroplę nieśpiesznie sunącą po jego skroni. Nie poruszył się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *